Co nam tak naprawdę da lustracja? Czy wiedza o tym, że pan Zdzisław z pod czwórki donosił na panią Stenię, że ta przemyca od rodziny ze wsi kiełbasę na święta do czegokolwiek nam się przyda? A może udowodnienie tego, że Lech Wałęsa to TW „Bolek” umniejszy w jakikolwiek sposób to, co uczynił dla Polski? Z drugiej strony jaką możemy mieć pewność, że dokumenty mówiące o współpracy Aleksandra Kwaśniewskiego (nie wiem czy takie istnieją, ale przyjmijmy na chwilę, że tak) są prawdziwe, a nie podrobione? Wątpliwości jest wiele, naprawdę. Poza tym co nam da rozliczanie przeszłości i babranie się we własnym błotku i wzajemne obrzucanie się gnojem? Jak na mój gust nie da zbyt dużo dobrego, a może nieźle zaszkodzić. Wątpliwości można mnożyć i mnożyć. Dlatego też, jak na mój gust, IPN powinno podzielić się na dwie części. Pierwszą, zupełnie jawną, ale i z ponad wszelką wątpliwość stwierdzoną prawdziwością. Drugą część zajmowałyby dokumenty niejawne, poufne, tajne i niepotwierdzone. Praca nad nimi powinna się jak najbardziej toczyć, ale bez pośpiechu. Co nam przyjdzie z doprowadzenia przed oblicze sprawiedliwości staruszka, który pożyje jeszcze z 10 lat? A może mielibyśmy karać także ich dzieci i wnuki? Tylko po co? Tutaj niestety trzeba znaleźć drogę złotego środka i nie liczyć na to, że chociaż połowa dokumentów ujrzy światło dzienne wcześniej niż za 100 lat. Tylko pamięć musi być. Naród bez historii nie istnieje, a wymazywanie jej to specyficzna forma samobójstwa.
Blogi jako takie mają wbrew pozorom dosyć spory wpływ na czytelników i nie da się temu zaprzeczyć. Jednak problem z ich „znakowaniem” jest jeden. Można spokojnie wpisać nieprawdziwe dane przy rejestracji i mieć to z głowy. Nikt nie będzie przecież specjalnie szperał czy trzynastoletni dzieciak zakładający bloga podaje prawdziwe dane. To już zakrawałoby na paranoję. Natomiast do autora treści obraźliwych, kłamliwych i ogólnie uznanych za szkodliwe, da się spokojnie dotrzeć chociażby po IP. Nawet, jeżeli jest ono zmienne. Owszem, istnieją pewne serwery zwane proxy, ale na to także jest sposób, prawda? Kwestia chęci i pieniędzy. Natomiast personalizacja bloga i jego oznakowanie, ale jako dobrowolny akt, jest całkiem miłym pomysłem. Parlament Europejski mógłby się pokusić o stworzenie opcji umożliwiającej imiennej rejestracji bloga dla osób pełnoletnich. Taki blog, po uprzedniej weryfikacji, mógłby otrzymać prawo do zamieszczenia odpowiedniego oznakowania. W ten sposób piszący mógłby pokazać, że nie boi się podpisać pod tym, co wkleja na bloga, zaś anonimowi ludzie mogliby spokojnie pisać dalej. Ciekawy tylko jestem jak szybko zaczęliby rejestrować swoje blogi, aby ponownie skoczyła im zarówno wiarygodność jak i liczba czytelników.
Tak, ojciec jest w większości wypadków rodzicem drugiej kategorii. Jednak jest to tylko kwestia czasu, gdy do społecznej świadomości przeniknie to, że mężczyźni potrafią i często chcą zajmować się dziećmi. Na razie panuje powszechna opinia, że facet nawet porządnie dziecka nie przewinie. Jestem daleki od stwierdzenia, że taka jest prawda, bo sam to robiłem i widziałem wielu facetów, którzy się tego nie brzydzą i, co więcej, doskonale wiedzą jak to zrobić. Kobiety narzekają też na to, że tylko one potrafią zająć się domem i dziećmi. Jednak zadam inne pytanie – jak facet ma się tego nauczyć, gdy od maleńkości był przyzwyczajany do tego, że on tego nie potrafi zrobić, więc ktoś to zrobi za niego? Najpierw matka, później żona, czasami babcia czy inne ciotki. Kiedy on ma się biedny tego wszystkiego nauczyć? Stąd apel do kobiet: wykażcie odrobinę cierpliwości i wyrozumiałości, pozwólcie facetowi uczyć się na jego własnych błędach, bo pojmuje je lepiej niż dwulatek, naprawdę.
Utarło się, że ojciec jest od tego, aby wymagał. Mówi się nawet o tym, że miłość matki się dostaje, a na miłość ojca trzeba sobie zasłużyć. Otóż nieprawda. To matki zabierają ojcu możliwość kochania dziecka bezwarunkową miłością, gdy nie pozwalają mu się dzieckiem zajmować, być blisko niego, przytulać, bawić się, karmić czy wreszcie zmieniać pieluchy. Bez takiej bliskości rzeczywiście na ojcowską miłość trzeba sobie zasłużyć, a to chyba nie o to chodzi.
Zdrowia nie warto poświęcać dla czegokolwiek, zwłaszcza dla wyglądu. Ponadto opalanie się w solarium jest wielokrotnie bardziej szkodliwe niż na słońcu. Wiele opalających się na czekoladkę kobiet nie zauważa nawet tego, że bez tej opalenizny są dużo ładniejsze. Naprawdę istnieją typy urody, które nie współgrają z opalenizną. Owszem, może delikatna czasami by się przydała, aby skóra nie utraciła swojego zdrowia, ale, jak wszystko, powinno być to z umiarem. I nie wiem jak innym, ale mi niezbyt przyjemnie całuje się skórę kobiety, która lekko trąci spalenizną, bo wczoraj była po raz trzeci w tym miesiącu na solarium. Ot, takie moje skromne zdanie na ten temat.
Czy można z czystym sumieniem szkalować dobre imię symbolu walki o wolną Polskę? Owszem, ale trzeba mieć ku temu solidne podstawy, bo inaczej będzie to zwykłe wymachiwanie szabelką, które można zupełnie zignorować. Co się jednak stanie w sytuacji, gdy jakiś autorytet zostanie podważony? W takiej sytuacji znajduje się obecnie Lech Wałęsa i tak naprawdę wszystko zależy tylko i wyłącznie od jego zachowania. Zwłaszcza, gdyby okazało się, że jednak był owym TW „Bolkiem”. Wtedy jego ciągłe wykręty i zaprzeczania jak najbardziej podważą jego autorytet i to niekoniecznie ze względu na sam fakt współpracy. Ludzie inteligentni wiedzą o tym, że czasami nie było wyjścia z różnych sytuacji. Ponadto, niezależnie od faktu współpracy, Lech Wałęsa zrobił stosunkowo dużo dla sprawy wolnej Polski i nie da się temu w żaden sposób zaprzeczyć. Czasami osiągnięcie wielkiego celu wymaga pobrudzenia sobie rąk, czasami nawet powyżej łokci. Skaza moralna jest, ale zaprzeczanie jej, tylko ją powiększa. Dlatego, tylko ze względu na zachowanie naszego byłego prezydenta, gdyby okazał się TW „Bolkiem”, jego autorytet w moich oczach znacząco spadnie. Gdyby owa „Bolkowa” teza się potwierdziła, a sam Wałęsa wcześniej się do tego przyznał, albo chociaż nie zaprzeczał, jego autorytet byłby dla mnie dokładnie taki sam, jak wcześniej.
Na temat naszej przegranej zostało już chyba wszystko powiedziane. Nie mamy po prostu odpowiednich warunków do rozwijania sportu, bo niby skąd? Boiska nadające się do profesjonalnego treningu (np. w Warszawie) można policzyć na palcach obu dłoni (jak dobrze pójdzie). Ile z nich jest wykorzystywanych? Nie mam pojęcia i obawiam się nawet pytać. Ciężko jest powiedzieć, że nie mamy dobrych piłkarzy. Popatrzmy na Boruca, Podolskiego, może Smolarka. W końcu wszyscy są naszymi rodakami, prawda? I co? Kiepsko grają? Nie powiedziałbym. Z drugiej strony popatrzmy na to, jak często trenuje nasza kadra narodowa, a jak często trenują np. Niemcy. Sęk w tym, że oni mają na to pieniądze, a my nie. Mówi się o tym, że likwidując korupcję w PZPN będziemy mieli większe szanse w kolejnych mistrzostwach, bo będzie więcej kasy na treningi, boiska itd. Owszem, zgadzam się z tym, ale nie będą to mistrzostwa 2012, ale może 2026, gdy wyrośnie nam młoda kadra, która gra w uczciwych meczach i będą się u nich liczyły głównie umiejętności, a nie ustawienie meczy w grupie. Chociaż biorąc pod uwagę mentalność naszego narodu, pewnie nigdy nie doczekamy się wyjścia z grupy, chyba że będziemy mieli trenera cudotwórcę, który kilkukrotnie przebije Beenhakkera, a to jest na razie mało możliwe.
Pozaziemskie DNA? Być może, ale nie na pewno. Zadałbym pytanie o to, jak długo ten meteoryt leżał na powierzchni planety, zanim się za niego zabrali naukowcy. Jednak jest to już zupełnie inna kwestia niż temat tej debaty.
Osobiście wierzę w istnienie zarówno życia jak i inteligencji z poza Ziemi. Dlaczego? Przyczyn jest wiele. Ot, chociażby kwestia nagłego przyspieszenia rozwoju ludzkości w okolicach 100-300 tysięcy lat temu. Kolejny skok, który odbył się mniej więcej 10-20 tysięcy lat temu. Niestety nie dowiemy się nigdy niczego na temat tamtych wydarzeń ze względu na ich odległość w czasie. Możemy jedynie spekulować. Jest to kwestia przede wszystkim zapominania wiedzy oraz mitologizowania pewnych wydarzeń. Przecież maszynę parową znano już w starożytnej Grecji, ale z pewnych względów była ona absolutnie zbędna (jak my kochamy niewolnictwo) i została zapomniana. Nie mówię, że kosmici nas kiedykolwiek odwiedzili i wpłynęli na nasz rozwój, ale nie można tego ze stuprocentową pewnością wykluczyć. Tak samo jak tego, że życie poza naszą macierzystą planetą istnieje.
Jednym z argumentów stawianych przeciwko teoriom o istnieniu życia pozaziemskiego jest to, że już dawno powinni się z nami skontaktować. Jest jednak kilka rzeczy mówiących o tym, że mogli tego nie robić. Przede wszystkim za mało wiemy o samej konstrukcji wszechświata, aby mówić cokolwiek o komunikacji lub podróżach międzygwiezdnych. Może się okazać, że tak naprawdę jesteśmy bardzo mocno ograniczeni w tej kwestii. Jeżeli istnieje możliwość szybkiego przemieszczania się między poszczególnymi gwiazdami tylko w określonych warunkach, to nie dziwmy się, że nie mamy kontaktu. Jeszcze bardziej prawdopodobna wersja to kwestia ewentualnego „szoku kulturowego”. Jeżeli dobrze pamiętam, to w którymś z filmów / seriali była nawet naczelna zasada mówiąca o nie kontaktowaniu się z cywilizacjami niezdolnymi do samodzielnych podróży międzygwiezdnych. Było to podyktowane właśnie owym możliwym „szokiem kulturowym”.
Pozwolę sobie zakończyć parafrazą z filmu „Kontakt”: gdybyśmy byli sami we wszechświecie, byłoby to straszliwe marnotrawstwo miejsca.